Tytuł: "Całując Grzech".
Seria: "Zew Nocy" (Tom II).
Autor: Keri Arthur.
Tłumaczenie: Kinga Składanowska .
Ilość Stron: 430.
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica.
Opis Wydawcy:
Kiedy Riley budzi się naga i cała we krwi w obcym miejscu, a obok leży martwy nieznajomy, jedyne co wie, to że musi uciekać. Nie pamięta ostatniego tygodnia, nie ma pojęcia gdzie jest i co się z nią działo, ani najważniejsze…kto jej to zrobił. Aby przeżyć uwalnia przetrzymywanego w laboratorium Kade’a, który – o zgrozo! – jest jednym z najseksowniejszych zmiennokształtnym jakiego widziała.
Po raz drugi, wbrew sobie, zostaje wplątana w niebezpieczne śledztwo Departamentu Innych Ras, i to przez sekret płynący w jej żyłach, dzięki któremu Riley jest wyjątkowo cenna …Otoczona przez zaborczych i zazdrosnych kochanków z których każdy ma wobec niej jakieś zamiary, nie w każdym jednak przypadku miłosne oraz wrogów, których ciężko odróżnić od przyjaciół, Riley wie, że nie uniknie kłopotów.Gdyby tylko mogła przetrwać swoje własne, niebezpieczne pragnienia…
"Stąpam po krawędzi i nie mam zamiaru z niej spaść".
Świat Riley Jenson, ognistowłosej pracownicy Departamentu ds. Innych Rad, tętniący namiętnością, ogniem i nieposkromionym pożądaniem, mieliśmy okazję poznać już w poprzednim tomie, otwierający cykl "Zew Nocy". Szturmem podbiła ona listy bestsellerów, a Czytelników pozostawiła w niespokojnym oczekiwaniu na kolejną część przygód fascynującej kobiety będącej połączeniem dwóch mitycznych stworzeń - wilkołaka i wampira.
Życie Riley, to ciągła gonitwa. W Mebourne czar namiętności splata się z ogromnym ryzykiem i akcją zapierającą dech w piersiach - tak szybką i gwałtowną, że niekiedy wciska w fotel. Tym razem, znów zaczynają się kłopoty i to od pierwszej strony - Riley budzi się w nieznanym miejscu, naga, skąpana we krwi. Miniony tydzień to dla niej zagadka i wielka czarna dziura. Nie wie nic, prócz tego, że żeby przeżyć musi natychmiast uciekać. Podczas brawurowej ucieczki, niemal od razu poznajemy nowego bohatera - nieziemsko seksownego koniokształtnego, Kade'a, którego główna bohaterka spotyka w laboratorium Moja oczywistą reakcją na ten fakt, był jęk rozkoszy, a zarazem zgrozy, no bo ileż ona może mieć tych facetów ?! Z jednym dobrze nie skończyła, jeden polazł cholerę, a trzeci z radością ujrzałby ją martwą. Ile można ! Na szczęście Kade podbił moje serce w każdym calu, niestety wyrzucając z niego Quinna, który trochę mnie rozczarował swoim zachowaniem i którego było zdecydowanie za mało, bym mogła na powrót ofiarować mu swoją sympatię.
Pierwsze co muszę powiedzieć, to to, że druga część ani trochę mnie nie zawiodła, czego się bardzo obawiałam. Często zdarza się tak, że w przypadku wielotomowych cyklów, kolejno po sobie następujące są coraz, coraz gorsze. Na szczęście nie tutaj, bo Keri Arthur podołała zadaniu, jakim jest stworzenie kolejnej odsłony przygód Riley, która ponownie oczaruje Czytelników. W dalszym ciągu mamy do czynienia z narracją z perspektywy Riley, która jest naprawdę dużym plusem, bo ona najlepiej odda chyba charakter książki i pozwoli wczuć się w emocje bohaterów - nie tylko pierwszoplanowych. Rzeczą, która sprawia,że historia o wilkołakach z Mebourne jest wciągająca od pierwszej chwilii i niezapomniana, jest akcja. Jeśli o nią chodzi, niejeden wielki mistrz kryminałów, horrorów, a przede wszystkim powieści akcji, mógłby się od Keri Arthur uczyć. To co dla niej charakterystyczne, to mocne wejście - niekiedy szokujące i zapowiadające dużą dawkę emocji. Potem już akcja pędzi nie przerwanie, by chwilami zwalniać i momentalnie znów przyspieszać. Nie ma ani chwili na nudę, bo każdy,nawet jakby się wydawało najmniej istotny szczegół z życia Riley, jest idealnie skrojony i ukazany w tak dziwny sposób, że nawet opis brania prysznica przez główną bohaterkę nie nudzi. Wszak, pod prysznicem naprawdę wiele można zrobić !
"Jeden kęs nigdy mi nie wystarczy".
Mężczyźni, to bez wątpienia również mocny punkt tej książki. Ach, ileż ich jest ! Wampir, wilkołak, zmiennokształtny... wybierać i wybierać. Autorka po raz kolejny zgotowała niezłe zamieszanie w życiu uczuciowym Riley, stawiając ją przed nowymi wyborami. Każdy mężczyzna chce mieć ją tylko dla siebie, a ona musi wybrać z kim chce zajść w ciążę, z kim uprawiać niezobowiązujący seks co niedziela, a z kim związać się... być może na zawsze. Tym którzy jeszcze nie czytali "Całując Grzech" powiem tylko - będzie ciekawie.
Mówiłam już o tym, przy "Wschodzącym Księżycu", ale dla jasności powtórzę - bardzo cenię sobie w książkach bezpruderyjność, brak zahamowań i śmiałość. Tutaj dostałam to w idealnie odmierzonej dawce, co sprawia, że seks jest jedynie upojny i bezwarunkowo przyjemny, a nie budzący zażenowanie, czy w jakiś sposób niesmaczny. Z całą pewnością, żadna część cyklu o Riley Jenson, nie jest przeznaczona dla wstydliwych dwunastolatek, ale chętnie sięgną po nią nie tylko wchodzące w dorosłość dziewczyny - dorosłe i dojrzałe kobiety także znajdą coś dla siebie.
Zakończenie po prostu wbiło mnie w fotel, tak bardzo szokujący i niespodziewany był obrót wydarzeń. To raczej nie lektura w typie wyciskacza łez, ale tutaj po raz pierwszy i mam nadzieję nie ostatni, wylałam sporo łez, zwłaszcza czytając końcowe rozdziały. Wybuchy śmiechu, czy chichot jest tu już o wiele bardziej na miejscu i gwarantuje, że będzie występować często.
"Całując Grzech" łączy w sobie wyśmienitą akcję i paranormalny romans, co sprawia, że trafi do szerokiej grupy odbiorców. Autorka doskonale połączyła wątki, tworząc coś nowego i świeżego, w erze wampirów, wilkołaków i aniołów, bowiem połączenia tych istot jeszcze nie było. Keri Arthur wykreowała naprawdę interesujący świat, w którym czasem ciężko o przetrwanie, zwłaszcza gdy spala cię księżycowa gorączka. Własne niebezpieczne pragnienia są naszym największym wrogiem, a ja mam tylko nadzieję, że kolejne tomy tej serii będą tak udane jak dwa dotychczasowe. Póki co, Keri pisanie świetnie wychodzi i oby tak było nadal.
Końcowa Ocena: 10/10.
Dla zainteresowanych - recenzja części pierwszej - "Wschodzący Księżyc".
Książkę otrzymałam od Instytutu Wydawniczego Erica,za co serdecznie dziękuję.
środa, 10 sierpnia 2011
niedziela, 7 sierpnia 2011
Recenzja:"Córki Łamią Zasady" - Joanna Philbin.
Tytuł: "Córki Łamią Zasady".
Seria: "Córki" (Tom II).
Autor: Joanna Philbin.
Tłumaczenie: Ewa Pater.
Stron: 312.
Wydawnictwo: Bukowy Las.
Opis Wydawcy:
Carina Jurgensen, licealistka z temperamentem, córka bardzo bogatego potentata medialnego, łamie jedną z zasad córek cele- brytów, która brzmi: „Nigdy nie rozmawiaj z dziennikarzami o swoich rodzicach”. Lekkomyślnie upublicznia informacje na temat firmy swojego ojca i w konsekwencji zostaje przez niego odcięta od nieprzebranych zasobów pieniężnych. Zmuszona do radzenia sobie z mniej niż przeciętną tygodniówką, bierze sprawy w swoje ręce i przekonuje zarząd dorocznego Balu Zimowego, by zatrudniono ją na stanowisku organizatorki przyjęcia. Oczekuje się od niej, że w pracy skorzysta ze znajomości swojego ojca. Dziewczyna staje przed dylematem: Czy powinna otwarcie przyznać się do swej nowej sytuacji finansowej, czy grać rolę dumnej posiadaczki złotych kart kredytowych?
Opis Wydawcy:
Carina Jurgensen, licealistka z temperamentem, córka bardzo bogatego potentata medialnego, łamie jedną z zasad córek cele- brytów, która brzmi: „Nigdy nie rozmawiaj z dziennikarzami o swoich rodzicach”. Lekkomyślnie upublicznia informacje na temat firmy swojego ojca i w konsekwencji zostaje przez niego odcięta od nieprzebranych zasobów pieniężnych. Zmuszona do radzenia sobie z mniej niż przeciętną tygodniówką, bierze sprawy w swoje ręce i przekonuje zarząd dorocznego Balu Zimowego, by zatrudniono ją na stanowisku organizatorki przyjęcia. Oczekuje się od niej, że w pracy skorzysta ze znajomości swojego ojca. Dziewczyna staje przed dylematem: Czy powinna otwarcie przyznać się do swej nowej sytuacji finansowej, czy grać rolę dumnej posiadaczki złotych kart kredytowych?
Powieści młodzieżowe, to zdecydowanie nie moja bajka.Mają to do siebie, że nie są typem nadzwyczaj ambitnej lektury, lecz oczekuje się od nich rozrywki i mile spędzonych chwil. Ja osobiście tego typu książek nie lubię. A jednak, po drugiej odsłonie cyklu "Córki" bardzo wiele sobie obiecywałam. Nie czytałam co prawda części pierwszej, ale słyszałam, że nie ma to większego znaczenia, bo w "Córki łamią zasady" spotykamy się z innymi bohaterami. Jeśli istnieje gdzieś na świecie książka, która mogłaby mnie jeszcze bardziej zniechęcić do literatury typowo młodzieżowej, to jest nią właśnie mdłe, nijakie i nudne dzieło Joanny Philbin.
Zacznę od tego, że dawno tak się nie namęczyłam podczas czytania książki. Zazwyczaj czynność ta, kojarzy mi się niejako z przyjemnością, a teraz przemieniła się w istną katorgę. Ze zgrozą przewracałam kartki i odkrywałam coraz to nowe nonsensy. Książka opowiada nam historię czternastoletniej uczennicy liceum - Cariny Jurgensen, która zmuszona do pracy w biurze ojca - nadzwyczaj majętnego człowieka, odkrywa tam kartki zadrukowane ściśle strzeżonymi informacjami. I niestety nie stawiające jej rodzica w zbyt korzystnym świetle. Po kolejnej już awanturze, z cyklu Domowe Piekiełko, nastolatka lekkomyślnie upublicznia informacje na temat firmy ojca. Następnego dnia lawina rusza - portale plotkarskie prześcigają się w newsach na temat ich rodziny i obrzucające błotem szanowanego potentata medialnego. W konsekwencji, zostaje przez niego odcięta od nie ograniczonej dotąd ilości gotówki. Wścieka się i buntuje - bo cóż innego ma robić nastolatka ? Carina zostaje organizatorką tegorocznego Balu Zimowego, gdzie oczekują od niej skorzystania z nazwiska i znajomości ojca. Mamy więc dylemat, czy przyznać się do tego jak obecnie prosperuje, czy udawać, że wciąż ma ogromne zasoby pieniężne na wyciągnięcie ręki.
Odkąd przeczytałam pierwszą stronę, wiedziałam, że książka mi się nie spodoba. Czytałam jednak dalej i łudziłam się, że może coś się odmieni, dziwiąc się jednocześnie pochlebnym opiniom o "Córkach...". Kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, z mojego gardła wydobył się dziki okrzyk radości. Nareszcie koniec z tą koszmarną lekturą ! Wszystkie wydarzenia ciągnęły się niesamowicie, a kiedy już nastąpiły były po prostu bezsensowne i w dalszym ciągu nudne, co tylko potęgowało makabryczny efekt. Nie wiem, czy zawiniła tu Autorka i książka jest źle napisana, czy tłumaczka, a może jedna i druga. Zdaję sobie sprawę, że są fani tego typu literatury, ale ja z pewnością do nich nie należę. Wszyscy prześcigali się w zachwytach, jaka ta książka niesie ze sobą wartości, jaka jest mądra i jak wiele uczy nastolatki o życiu, ale ja nie dopatrzyłam się w niej ani jednej sensownej treści. Może tylko ta, że zasady łamiemy łatwo, a później następują problemy które o wiele trudniej rozwiązać. Ale o tym lepiej przekonać się na własnej skórze, moim skromnym zdaniem. To wszystko było jakimś grafomańskim bełkotem, o trzech popularnych (jakżeby inaczej) licealistkach, których problemy chwilami wydawały mi się po prostu śmieszne.
Cieszę się, że nie sięgnęłam po część pierwszą, część trzecią - "Córki wkraczają na scenę" również z pewnością sobie daruję. Zwyczajnie nie czuję się na siłach , by jeszcze raz zmierzyć się ze stylem Autorki i brnąć w zastępy rozchichotanych nastolatek, licealnych miłości i przejaskrawionych problemów.
Nie polecam, ani nie odradzam, a w związku z tym brak oceny w skali blogowej - ci którym podobała się pierwsza część i ci którzy lubią taką literaturę, pewnie przeczytają "Córki łamią zasady" z przyjemnością. Miłego czytania, zatem. Jeśli jednak nie jesteście do tego gatunku przekonani, a chcecie 'spróbować' to mogę tylko odradzić sięgnięcie akurat po tę powieść.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Bukowy Las,za co serdecznie dziękuję.
piątek, 5 sierpnia 2011
Recenzja: "Las Zębów i Rąk" - Carrie Ryan.
Tytuł: "Las Zębów i Rąk".
Seria: Trylogia, nazwa nieznana.
Autor: Carrie Ryan.
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski.
Ilość Stron: 345.
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc.
Opis Wydawcy:
W świecie Mary istnieją proste prawdy.
Siostrzeństwo zawsze wie najlepiej.
Strażnicy chronią i służą.
Nieuświęceni nigdy nie ustąpią.
Trzeba też pamiętać o siatce otaczającej wioskę. O ogrodzeniu które chroni Osadę przed Lasem Zębów i Rąk. Ale te prawdy stają się złudne, bowiem Mary odkrywa coś, o czym nigdy nie powinna się dowiedzieć. Sekrety Siostrzeństwa, tajemnice Strażników. Gdy ogrodzenie zostaje sforsowane, a świat pogrąża się w chaosie, Mary musi stawić czoła Nieuświęconym. Musi też dokonać wyboru między dotychczasowym życiem w osadzie, a własną przyszłością, między tym którego kocha, a tym który kocha ją. I zmierzyć się z prawdą ukrytą w Lesie Zębów i Rąk.
Świat ukryty za ogrodzeniem.
Prawie nigdy, nie kupuje książek w ciemno. Nie ma co ukrywać, nie jestem milionerką i większość pozycji dokładnie 'sprawdzam' przed kupnem - czytam recenzje, opinie, roztrząsam czy warto zainwestować w daną pozycję. A jednak, po debiutancką powieść "Las Zębów i Rąk" autorstwa Carrie Ryan, pierwszą część planowanej Trylogii, sięgnęłam zupełnie bez najmniejszego zastanowienia. Dlaczego ? Skusiło mnie morze pochlebnych opinii, w którym wręcz tonęłam, gdy wpisywałam w forumową wyszukiwarkę tytuł książki. Niestety, kompletnie się zawiodłam. Z początku nic nie zapowiadało tragedii - opis zachęcający, a fabuła przypominająca genialne "Igrzyska Śmierci". Na dobrym opisie się skończyło.
Rynek wydawniczy wręcz zalewają powieści z obu konwencji, bijących rekordy popularności - Paranormal Romance i ostatnio coraz to sławniejszych Antyutopii. Obie te konwencje, mają swoje perły, a reszta... cóż, z resztą bywa różnie. Autorzy prześcigają się w pomysłach i tworzą coraz to dziwniejsze światy i stworzenia. Zacznę od tego, że doceniam Carrie Ryan, za sam pomysł, bo niewątpliwie jest on oryginalny i świeży, jeśli patrzeć przez pryzmat znanych nam wybiegów w przyszłość i wizji nowego społeczeństwa. Tutaj, również mamy do czynienia z akcją dziejącą się w przyszłości, ale fabuła jest zupełnie inna, albowiem "Las..." opowiada o zupełnie nowym rodzaju stworzeń - Nieuświęconych i życiu za siatką, chroniącą Osadę. Chroniącą, przed Lasem Zębów i Rąk.
Czymże jest jednak pomysł, skoro Autorka zwyczajnie nie podołała zadaniu ? Być może, inna Autorka wykorzystałaby go lepiej i uczyniła z wątku Nieuświęconych prawdziwą perłę gatunku. Powieść bez wątpienia ma potencjał, ale nie wykorzystany. Znając już pióro Pani Ryan, nawet nie łudzę się, że kolejne części będą lepsze.
Świat Mary, z pozoru dziwaczny i groźny, tak naprawdę dla dziewczyny jest bardzo prosty. Panuje ustalony porządek, istnieją jedne proste prawdy i zasady których należy się trzymać. Nieuświęceni, to przerażające twory, które moglibyśmy nazwać współczesnymi Zombie - z braku lepszego porównania. Zasiedlają oni Las Zębów i Rąk, w którym powstała Osada, zamieszkana przez niewielką grupę ludzi. Tych którzy przetrwali rzeź Nieuświęconych. Przed lasem chroni ją siatka, za którą od czasu do czasu jakiś chory na umyśle nieszczęśnik się wypuszcza - co równoznaczne jest z przemienieniem go w Nieuświęconego. Życie Mary komplikuje fakt, że jej rodzona matka zmieniła się w istotę, której bała się już w dzieciństwie, istotę o której lepiej nie rozmawiać. Czasem można nawet udawać, że nie istnieje. Siostrzeństwo - zakon wyznaczający zasady, wedle rzekomej troski, chce umieścić Mary w murach swojej siedziby - jakoby silna tęsknota za matką, miała spowodować,że dziewczyna rzuci się w wir Nieuświęconych. Mary zaczyna nowe życie... oczywiście, tylko co tu jest nowe ??? Dobrze, jest intryga, a dziewczyna zaczyna się zastanawiać, czy świat za siatką rzeczywiście jest zły, ale... nic poza tym !
I tu, moi drodzy następuje Koniec, przez duże "K", bowiem przez resztę książki nie dzieję się absolutnie NIC. Fabuła dopracowana, za to narracja z perspektywy głównej bohaterki przyprawiała wręcz o mdłości i zawroty głowy - bynajmniej nie z radości. Akcja idzie koszmarnie, koszmarnie wolno. Przez kilkanaście, ba ! Kilkadziesiąt stron bywa, że nie dzieje się po prostu nic, a kartki są zadrukowane jakże uroczymi wynurzeniami Mary pod tytułem "Ach, jaka ja jestem nieszczęśliwa..." ! Kiedy w końcu nastąpił moment, jak mi się zdawało przełomowy - odtańczyłam dziki taniec radości, że może znajdę jednak promyk nadziei a dalsza lektura książki z katorgi przeistoczy się w przyjemność. Niestety. Ledwo co akcja się rozwinęła, by... znów spowolnić. I powtórka z rozrywki, moi Drodzy. Cała ta pseudo książka jest w zasadzie zamkniętym kołem - są króciutkie sensowne momenty akcji, a reszta to jedna wielka NUDA.
Kiedy wreszcie skończyłam feralny "Las Zębów i Rąk" miałam ochotę płakać z radości i przyznam, że w trakcie czytania nie były to moje jedyne emocje, nie jest to książka którą czyta się beznamiętnie. Ja po prostu odczuwałam, niewymowną, olbrzymią wściekłość. Najpierw na Autorkę,że stworzyła tak nudną i beznadziejną historię, potem na mdłych, niedopracowanych i irytujących bohaterów. Z przyjemnością znalazłabym się choć na chwilę w Lesie, niech sobie chodzą Nieuświęceni. Mam ogromną ochotę, wygarnięcia co poniektórym ( w szczególności głównym) bohaterom co o nich myślę.
Absolutnie nie polecam tej książki. No, chyba, że cierpicie na bezsenność. Jest koszmarnie nudna i patetyczna, "dzieło" które możemy pokazywać jako przykład grafomanii,tego jak pisać NIE należy. To dla mnie chyba największe rozczarowanie ostatnich miesięcy. Liczyłam na przepełniony emocjami horror, z dozą piękna, wszak w takie słowa ubrała to moja ukochana Cassandra Clare, której słowa widnieją na rewersie okładki. Liczyłam na lekturę, która na dobre spędzi sen z moich powiek i o której nie zapomnę bardzo długo. Niestety, dostałam beznadziejną, całkowicie pozbawioną sensu historyjkę, której jedynym maleńkim plusem, jest oryginalność.
Seria: Trylogia, nazwa nieznana.
Autor: Carrie Ryan.
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski.
Ilość Stron: 345.
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc.
Opis Wydawcy:
W świecie Mary istnieją proste prawdy.
Siostrzeństwo zawsze wie najlepiej.
Strażnicy chronią i służą.
Nieuświęceni nigdy nie ustąpią.
Trzeba też pamiętać o siatce otaczającej wioskę. O ogrodzeniu które chroni Osadę przed Lasem Zębów i Rąk. Ale te prawdy stają się złudne, bowiem Mary odkrywa coś, o czym nigdy nie powinna się dowiedzieć. Sekrety Siostrzeństwa, tajemnice Strażników. Gdy ogrodzenie zostaje sforsowane, a świat pogrąża się w chaosie, Mary musi stawić czoła Nieuświęconym. Musi też dokonać wyboru między dotychczasowym życiem w osadzie, a własną przyszłością, między tym którego kocha, a tym który kocha ją. I zmierzyć się z prawdą ukrytą w Lesie Zębów i Rąk.
Świat ukryty za ogrodzeniem.
Prawie nigdy, nie kupuje książek w ciemno. Nie ma co ukrywać, nie jestem milionerką i większość pozycji dokładnie 'sprawdzam' przed kupnem - czytam recenzje, opinie, roztrząsam czy warto zainwestować w daną pozycję. A jednak, po debiutancką powieść "Las Zębów i Rąk" autorstwa Carrie Ryan, pierwszą część planowanej Trylogii, sięgnęłam zupełnie bez najmniejszego zastanowienia. Dlaczego ? Skusiło mnie morze pochlebnych opinii, w którym wręcz tonęłam, gdy wpisywałam w forumową wyszukiwarkę tytuł książki. Niestety, kompletnie się zawiodłam. Z początku nic nie zapowiadało tragedii - opis zachęcający, a fabuła przypominająca genialne "Igrzyska Śmierci". Na dobrym opisie się skończyło.
Rynek wydawniczy wręcz zalewają powieści z obu konwencji, bijących rekordy popularności - Paranormal Romance i ostatnio coraz to sławniejszych Antyutopii. Obie te konwencje, mają swoje perły, a reszta... cóż, z resztą bywa różnie. Autorzy prześcigają się w pomysłach i tworzą coraz to dziwniejsze światy i stworzenia. Zacznę od tego, że doceniam Carrie Ryan, za sam pomysł, bo niewątpliwie jest on oryginalny i świeży, jeśli patrzeć przez pryzmat znanych nam wybiegów w przyszłość i wizji nowego społeczeństwa. Tutaj, również mamy do czynienia z akcją dziejącą się w przyszłości, ale fabuła jest zupełnie inna, albowiem "Las..." opowiada o zupełnie nowym rodzaju stworzeń - Nieuświęconych i życiu za siatką, chroniącą Osadę. Chroniącą, przed Lasem Zębów i Rąk.
Czymże jest jednak pomysł, skoro Autorka zwyczajnie nie podołała zadaniu ? Być może, inna Autorka wykorzystałaby go lepiej i uczyniła z wątku Nieuświęconych prawdziwą perłę gatunku. Powieść bez wątpienia ma potencjał, ale nie wykorzystany. Znając już pióro Pani Ryan, nawet nie łudzę się, że kolejne części będą lepsze.
Świat Mary, z pozoru dziwaczny i groźny, tak naprawdę dla dziewczyny jest bardzo prosty. Panuje ustalony porządek, istnieją jedne proste prawdy i zasady których należy się trzymać. Nieuświęceni, to przerażające twory, które moglibyśmy nazwać współczesnymi Zombie - z braku lepszego porównania. Zasiedlają oni Las Zębów i Rąk, w którym powstała Osada, zamieszkana przez niewielką grupę ludzi. Tych którzy przetrwali rzeź Nieuświęconych. Przed lasem chroni ją siatka, za którą od czasu do czasu jakiś chory na umyśle nieszczęśnik się wypuszcza - co równoznaczne jest z przemienieniem go w Nieuświęconego. Życie Mary komplikuje fakt, że jej rodzona matka zmieniła się w istotę, której bała się już w dzieciństwie, istotę o której lepiej nie rozmawiać. Czasem można nawet udawać, że nie istnieje. Siostrzeństwo - zakon wyznaczający zasady, wedle rzekomej troski, chce umieścić Mary w murach swojej siedziby - jakoby silna tęsknota za matką, miała spowodować,że dziewczyna rzuci się w wir Nieuświęconych. Mary zaczyna nowe życie... oczywiście, tylko co tu jest nowe ??? Dobrze, jest intryga, a dziewczyna zaczyna się zastanawiać, czy świat za siatką rzeczywiście jest zły, ale... nic poza tym !
I tu, moi drodzy następuje Koniec, przez duże "K", bowiem przez resztę książki nie dzieję się absolutnie NIC. Fabuła dopracowana, za to narracja z perspektywy głównej bohaterki przyprawiała wręcz o mdłości i zawroty głowy - bynajmniej nie z radości. Akcja idzie koszmarnie, koszmarnie wolno. Przez kilkanaście, ba ! Kilkadziesiąt stron bywa, że nie dzieje się po prostu nic, a kartki są zadrukowane jakże uroczymi wynurzeniami Mary pod tytułem "Ach, jaka ja jestem nieszczęśliwa..." ! Kiedy w końcu nastąpił moment, jak mi się zdawało przełomowy - odtańczyłam dziki taniec radości, że może znajdę jednak promyk nadziei a dalsza lektura książki z katorgi przeistoczy się w przyjemność. Niestety. Ledwo co akcja się rozwinęła, by... znów spowolnić. I powtórka z rozrywki, moi Drodzy. Cała ta pseudo książka jest w zasadzie zamkniętym kołem - są króciutkie sensowne momenty akcji, a reszta to jedna wielka NUDA.
Kiedy wreszcie skończyłam feralny "Las Zębów i Rąk" miałam ochotę płakać z radości i przyznam, że w trakcie czytania nie były to moje jedyne emocje, nie jest to książka którą czyta się beznamiętnie. Ja po prostu odczuwałam, niewymowną, olbrzymią wściekłość. Najpierw na Autorkę,że stworzyła tak nudną i beznadziejną historię, potem na mdłych, niedopracowanych i irytujących bohaterów. Z przyjemnością znalazłabym się choć na chwilę w Lesie, niech sobie chodzą Nieuświęceni. Mam ogromną ochotę, wygarnięcia co poniektórym ( w szczególności głównym) bohaterom co o nich myślę.
Absolutnie nie polecam tej książki. No, chyba, że cierpicie na bezsenność. Jest koszmarnie nudna i patetyczna, "dzieło" które możemy pokazywać jako przykład grafomanii,tego jak pisać NIE należy. To dla mnie chyba największe rozczarowanie ostatnich miesięcy. Liczyłam na przepełniony emocjami horror, z dozą piękna, wszak w takie słowa ubrała to moja ukochana Cassandra Clare, której słowa widnieją na rewersie okładki. Liczyłam na lekturę, która na dobre spędzi sen z moich powiek i o której nie zapomnę bardzo długo. Niestety, dostałam beznadziejną, całkowicie pozbawioną sensu historyjkę, której jedynym maleńkim plusem, jest oryginalność.
Końcowa Ocena: 2/10. (A to dwa, tylko przez wzgląd na świeży, nowy pomysł).
środa, 3 sierpnia 2011
Recenzja: "Spirit Bound" - Richelle Mead.
Tytuł: "Spirit Bound".
Seria: "The Vampire Academy".
Autor: Richelle Mead.
Ilość Stron: 498.
Wydawnictwo: RazorBill (W Polsce - Nasza Księgarnia).
DATA PREMIERY: 07 wrzesień, 2011 rok.
Opis Wydawcy:
Po straceńczej wyprawie na Syberię Rosę Hathaway wróciła do domu, do Akademii Świętego Władimira. Czekają ją końcowe egzaminy i życie poza bezpiecznymi murami szkoły. Tego od zawsze pragnęła, ale trudno jej się cieszyć ze świadomością, że on gdzieś tam jest. Dymitr, którego niegdyś kochała i którego nie zdołała zabić. Dziewczyna nie może też zapomnieć, że istnieje sposób, by pomóc ukochanemu. Jednak wiąże się on z podjęciem straszliwego ryzyka.
Czy za miłość warto zapłacić każdą cenę?
„ Fakt, że żyjemy oznacza, że powinniśmy żyć".
"Spirit Bound", to kolejna, bo już piąta odsłona bestsellerowej serii Richelle Mead - "The Vampire Academy". (Pol. "Akademia Wampirów") ma w naszym kraju premierę już we wrześniu, tego roku, a bez wątpienia czekają na nią miliony. Ja także zaliczam się w poczet wiernych fanów serii i wypatruję polskiego tłumaczenie kolejnego tomu, jednak z mniejszym zaangażowaniem, niż wypada, bo książkę mam już za sobą. Z zasady, powinnam przemęczyć się do premiery i zrecenzować książkę gdy każdy będzie mógł ją przeczytać, ale już dawno przekonałam się, że moje ciało mnie nie słucha. Samo zasiada przed szklanym ekranem i zaczyna pisać.
Moja przygoda z cyklem o uczniach Akademii Św. Władimira, zaczęła się zupełnie przypadkiem. Kiedy sięgnęłam po część pierwszą, byłam absolutnie oczarowana, a mój portfel długo potem nie mógł dojść do siebie. Przez "wrota" mojego pokoju, przewijają się dziesiątki, jeśli nie setki książek. Wiele z nich czytam bo muszę, by w następnej chwili o nich zapomnieć. Akademia zdecydowanie jest moim numerem jeden, wybijającym się ponad wszystkie pozycje z tego (i nie tylko) gatunku. "Spirit Bound" najpierw podczytywałam troszeczkę w formie elektronicznej polskiego tłumaczenia, ale wstyd się przyznać - oczy mnie bolały, więc co dłuższe fragmenty bezczelnie omijałam. W końcu stwierdziłam, że nie wytrzymam do polskiej premiery kolejnej części i mimo, że język angielski nie jest moją najmocniejszą stroną, to kupiłam powieść w oryginale. Ani trochę nie żałuję.
Rose Hathaway, siedemnastolatka, powraca do siedliska dampirów, by dokończyć szkolenia i zostać opiekunką przedstawicielki jednego z najbardziej wpływowych kręgów morojów, a zarazem najlepszej przyjaciółki - Wasylisy Dragomir. Dziewczyna zdolna była dla miłości poświęcić wszystko i w imię tego, wyruszyła Syberię, gdzie próbowała odnaleźć i uwolnić duszę ukochanego, Dymitra Bielikowa. Zadanie zostało, jak sądzi wykonane i Rose może na powrót cieszyć się życiem w szkole i stopniowo wracać do normalności. Jeden list i jeden sztylet, burzą krótko trwający spokój i stawiają główną bohaterkę, przed powracającym, niemożliwym wyborem. Również w sferze uczuciowej Panny Hathaway, panuje zamieszanie, albowiem musi ona wybierać pomiędzy ukochanym Strażnikiem, a Adrianem - arystokratą, zabiegającym o jej względy, z którym łączy ją tajemniczo silna więź. Dziewczyna rozpaczliwie próbuje znaleźć sposób na przywrócenie Dymitra do ludzkiego życia i oto znajduje się on, jakby się wydawało na wyciągnięcie ręki. Problem w tym, że jedyną osobą która może jej pomóc, jest brat niebezpiecznego przestępcy, no i on sam też by się przydał. Z chęcią walnęłabym tutaj masę Spoilerów, ale wiem doskonale, jak dobrze jest samemu odkrywać tajemnice książki, zwłaszcza tak wyczekanej. Powiem tylko tyle : łatwo nie będzie.
"That Was the best non - sex ever", czyli ADRIAN IWASZKOW.
Niestety, nie byłam w stanie się powstrzymać. Adrian, bogaty, arogancki i zepsuty moroj z rodziny królewskiej, pojawia się w części drugiej - "Frostbite" (Pol."W Szponach Mrozu") i od tej pory Czytelnicy, a zwłaszcza główna bohaterka nie mogą się od niego opędzić. Już wtedy, gdy przy 'naszym' pierwszym spotkaniu stwierdził, że pot jest niezmiernie seksowny i poczęstował Rose papierosem, zapałałam do niego ogromną sympatią, która trwa nadal. Autorka znakomicie, wręcz perfekcyjnie rysuje nam jego plastyczną sylwetkę i ukazuje ogromne zmiany, jakie zachodzą w skonstruowanej postaci. Iwaszkow dojrzewa, zmienia się z roztrzepanego lekkoducha w rozsądnego i odpowiedzialnego (hmm...niezupełnie, ale...) mężczyznę. Potrafi być opiekuńczy i niejednokrotnie zaskakuje swoimi odruchami i przebłyskami moralności. Myślę, że fanki Adriana szczególnie ucieszą się z tej części, bo jest on jednym z bohaterów, którzy pojawiają się najczęściej. I dobrze, bo czas bez Iwaszkowa jest czasem straconym !
Richelle Mead, ma znakomite pióro, co udowodniła nie raz. Pisze lekko i z humorem, a wykreowana przez nią Rose, jak i reszta postaci jest dopracowana w każdym, najmniejszym nawet szczególe. Akcja nie pędzi już tak szybko jak dawniej, to część chyba najbardziej refleksyjna ze wszystkich, co nie znaczy monotonna. Momentów walki i akcji nie brakuje, ale nie jesteśmy nimi ani trochę przytłoczeni. Na szczęście. Podobnie jak w poprzednich częściach, mamy tutaj do czynienia z narracją z perspektywy głównej bohaterki, co jest tylko kroplą w morzu moich pochwał i zachwytów. Słownictwo i niektóre konwersacje Rose z poszczególnymi bohaterami, w oryginale brzmią o niebo lepiej, po prostu są bardziej płynne, brzmią tak... prawdziwie i naturalnie. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że poradzę sobie czytając książkę w oryginalnej wersji, a jednak. Słownictwo jest bardzo proste i sytuacje w których nie rozumiałam jakiegoś słowa, nie zdarzały się bardzo często. W takim wypadku, w ruch szedł słownik i na mojej twarzy znów wykwitał ten dziwaczny, radosny uśmiech, przez co wyglądałam jak narkomanka !
"- What are you, Rose Hathaway ? Are you real? You're a dream within a dream. I'm afraid touching you will make me wake up. You'll disappear.
- Touch me and find out."
Cały cykl wywołuje w Czytelniku ogromne emocje, wręcz nie do opisania. Po lekturze czwartej części, sądziłam, że morze łez zostało wylane i "Blood Promise" (Pol. "Przysięgi Krwi") nic nie przebije. Udało się to kolejnej części, bo przy "Spirit..." bywały zupełnie irracjonalne i wspaniałe chwile. Parskałam śmiechem, jednocześnie wyjąc wniebogłosy. Były też momenty chyba najspokojniejsze, kiedy łzy płynęły sobie strumyczkiem. Zdecydowanie, nie jest to książka którą czyta się powoli i beznamiętnie, którą odkłada się na bok, nie mogąc zmusić do dalszego czytania. Te powieść czyta się na jednym wydechu, bez najmniejszej przerwy, a kiedy spora ilość stron przeleci nam z prędkością światła, nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że to już koniec.
Zatem, sięgnijcie jak najszybciej po tę książkę, bo jej treść z powodzeniem zrekompensuje Wam nawet długi czas oczekiwania. Warto przekonać się, jakiego Rose dokona wyboru...
Seria: "The Vampire Academy".
Autor: Richelle Mead.
Ilość Stron: 498.
Wydawnictwo: RazorBill (W Polsce - Nasza Księgarnia).
DATA PREMIERY: 07 wrzesień, 2011 rok.
Opis Wydawcy:
Po straceńczej wyprawie na Syberię Rosę Hathaway wróciła do domu, do Akademii Świętego Władimira. Czekają ją końcowe egzaminy i życie poza bezpiecznymi murami szkoły. Tego od zawsze pragnęła, ale trudno jej się cieszyć ze świadomością, że on gdzieś tam jest. Dymitr, którego niegdyś kochała i którego nie zdołała zabić. Dziewczyna nie może też zapomnieć, że istnieje sposób, by pomóc ukochanemu. Jednak wiąże się on z podjęciem straszliwego ryzyka.
Czy za miłość warto zapłacić każdą cenę?
„ Fakt, że żyjemy oznacza, że powinniśmy żyć".
Moja przygoda z cyklem o uczniach Akademii Św. Władimira, zaczęła się zupełnie przypadkiem. Kiedy sięgnęłam po część pierwszą, byłam absolutnie oczarowana, a mój portfel długo potem nie mógł dojść do siebie. Przez "wrota" mojego pokoju, przewijają się dziesiątki, jeśli nie setki książek. Wiele z nich czytam bo muszę, by w następnej chwili o nich zapomnieć. Akademia zdecydowanie jest moim numerem jeden, wybijającym się ponad wszystkie pozycje z tego (i nie tylko) gatunku. "Spirit Bound" najpierw podczytywałam troszeczkę w formie elektronicznej polskiego tłumaczenia, ale wstyd się przyznać - oczy mnie bolały, więc co dłuższe fragmenty bezczelnie omijałam. W końcu stwierdziłam, że nie wytrzymam do polskiej premiery kolejnej części i mimo, że język angielski nie jest moją najmocniejszą stroną, to kupiłam powieść w oryginale. Ani trochę nie żałuję.
Rose Hathaway, siedemnastolatka, powraca do siedliska dampirów, by dokończyć szkolenia i zostać opiekunką przedstawicielki jednego z najbardziej wpływowych kręgów morojów, a zarazem najlepszej przyjaciółki - Wasylisy Dragomir. Dziewczyna zdolna była dla miłości poświęcić wszystko i w imię tego, wyruszyła Syberię, gdzie próbowała odnaleźć i uwolnić duszę ukochanego, Dymitra Bielikowa. Zadanie zostało, jak sądzi wykonane i Rose może na powrót cieszyć się życiem w szkole i stopniowo wracać do normalności. Jeden list i jeden sztylet, burzą krótko trwający spokój i stawiają główną bohaterkę, przed powracającym, niemożliwym wyborem. Również w sferze uczuciowej Panny Hathaway, panuje zamieszanie, albowiem musi ona wybierać pomiędzy ukochanym Strażnikiem, a Adrianem - arystokratą, zabiegającym o jej względy, z którym łączy ją tajemniczo silna więź. Dziewczyna rozpaczliwie próbuje znaleźć sposób na przywrócenie Dymitra do ludzkiego życia i oto znajduje się on, jakby się wydawało na wyciągnięcie ręki. Problem w tym, że jedyną osobą która może jej pomóc, jest brat niebezpiecznego przestępcy, no i on sam też by się przydał. Z chęcią walnęłabym tutaj masę Spoilerów, ale wiem doskonale, jak dobrze jest samemu odkrywać tajemnice książki, zwłaszcza tak wyczekanej. Powiem tylko tyle : łatwo nie będzie.
"That Was the best non - sex ever", czyli ADRIAN IWASZKOW.
Niestety, nie byłam w stanie się powstrzymać. Adrian, bogaty, arogancki i zepsuty moroj z rodziny królewskiej, pojawia się w części drugiej - "Frostbite" (Pol."W Szponach Mrozu") i od tej pory Czytelnicy, a zwłaszcza główna bohaterka nie mogą się od niego opędzić. Już wtedy, gdy przy 'naszym' pierwszym spotkaniu stwierdził, że pot jest niezmiernie seksowny i poczęstował Rose papierosem, zapałałam do niego ogromną sympatią, która trwa nadal. Autorka znakomicie, wręcz perfekcyjnie rysuje nam jego plastyczną sylwetkę i ukazuje ogromne zmiany, jakie zachodzą w skonstruowanej postaci. Iwaszkow dojrzewa, zmienia się z roztrzepanego lekkoducha w rozsądnego i odpowiedzialnego (hmm...niezupełnie, ale...) mężczyznę. Potrafi być opiekuńczy i niejednokrotnie zaskakuje swoimi odruchami i przebłyskami moralności. Myślę, że fanki Adriana szczególnie ucieszą się z tej części, bo jest on jednym z bohaterów, którzy pojawiają się najczęściej. I dobrze, bo czas bez Iwaszkowa jest czasem straconym !
Richelle Mead, ma znakomite pióro, co udowodniła nie raz. Pisze lekko i z humorem, a wykreowana przez nią Rose, jak i reszta postaci jest dopracowana w każdym, najmniejszym nawet szczególe. Akcja nie pędzi już tak szybko jak dawniej, to część chyba najbardziej refleksyjna ze wszystkich, co nie znaczy monotonna. Momentów walki i akcji nie brakuje, ale nie jesteśmy nimi ani trochę przytłoczeni. Na szczęście. Podobnie jak w poprzednich częściach, mamy tutaj do czynienia z narracją z perspektywy głównej bohaterki, co jest tylko kroplą w morzu moich pochwał i zachwytów. Słownictwo i niektóre konwersacje Rose z poszczególnymi bohaterami, w oryginale brzmią o niebo lepiej, po prostu są bardziej płynne, brzmią tak... prawdziwie i naturalnie. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że poradzę sobie czytając książkę w oryginalnej wersji, a jednak. Słownictwo jest bardzo proste i sytuacje w których nie rozumiałam jakiegoś słowa, nie zdarzały się bardzo często. W takim wypadku, w ruch szedł słownik i na mojej twarzy znów wykwitał ten dziwaczny, radosny uśmiech, przez co wyglądałam jak narkomanka !
"- What are you, Rose Hathaway ? Are you real? You're a dream within a dream. I'm afraid touching you will make me wake up. You'll disappear.
- Touch me and find out."
Cały cykl wywołuje w Czytelniku ogromne emocje, wręcz nie do opisania. Po lekturze czwartej części, sądziłam, że morze łez zostało wylane i "Blood Promise" (Pol. "Przysięgi Krwi") nic nie przebije. Udało się to kolejnej części, bo przy "Spirit..." bywały zupełnie irracjonalne i wspaniałe chwile. Parskałam śmiechem, jednocześnie wyjąc wniebogłosy. Były też momenty chyba najspokojniejsze, kiedy łzy płynęły sobie strumyczkiem. Zdecydowanie, nie jest to książka którą czyta się powoli i beznamiętnie, którą odkłada się na bok, nie mogąc zmusić do dalszego czytania. Te powieść czyta się na jednym wydechu, bez najmniejszej przerwy, a kiedy spora ilość stron przeleci nam z prędkością światła, nie jesteśmy w stanie uwierzyć, że to już koniec.
Zatem, sięgnijcie jak najszybciej po tę książkę, bo jej treść z powodzeniem zrekompensuje Wam nawet długi czas oczekiwania. Warto przekonać się, jakiego Rose dokona wyboru...
Końcowa Ocena: 10/10 !
***
Przedpremierowa sprzedaż książki, na EMPIK.COM.
piątek, 29 lipca 2011
Zapowiedź "W Mocy Ducha" - Richelle Mead.
Kochani !
Przyznam, że zaniedbałam bloga, recenzje, etc. Cóż, wakacje. :P O recenzji możecie zapomnieć... ;( Doszłam do wniosku, że jestem po prostu wredną suką, która ma gdzieś obowiązki. Tak to jest... dzisiejsza notka ma raczej na celu zapchanie czymkolwiek bloga, jakimiś bazgrołami o wątpliwej wartości merytorycznej. Przede wszystkim - chciałam Was poinformować, o zbliżającej się premierze piątej części Akademii Wampirów, autorstwa jednej z moich ulubionych pisarek, Richelle Mead - "W Mocy Ducha". Ma ona miejsce dokładnie 2011-09-07 i przyznam, że jest to data bardzo przeze mnie wyczekiwana.
Kolejna część bestsellerowej sagi!
Na Syberii usłyszałam, że istnieje sposób, aby przywrócić Dymitra do dawnej postaci dampira. Niestety, jedyną osobą, która mogła nam pomóc, był przestępca. Nie byle jaki przestępca, bo sam Wiktor Daszkow. Moroj królewskiego rodu, który kiedyś torturował Lissę. Zamierzałyśmy uwolnić śmiertelnego wroga.
Po straceńczej wyprawie na Syberię Rosę Hathaway wróciła do domu, do Akademii Świętego Władimira. Czekają ją końcowe egzaminy i życie poza bezpiecznymi murami szkoły. Tego od zawsze pragnęła, ale trudno jej się cieszyć ze świadomością, że on gdzieś tam jest. Dymitr, którego niegdyś kochała i którego nie zdołała zabić. Dziewczyna nie może też zapomnieć, że istnieje sposób, by pomóc ukochanemu. Jednak wiąże się on z podjęciem straszliwego ryzyka.
Czy za miłość warto zapłacić każdą cenę?
Już nie mogę się doczekać ! Fanów twórczości Pani Mead przekonywać chyba nie trzeba, a wszystkich którzy jeszcze się z nią nie zetknęli, gorąco zachęcam to zapoznania się z tą serią.
To chyba jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier najbliższych miesięcy i z tego tytułu, zasłużyła sobie na wzmiankę. Pozwolicie, że zakończę ten żałosny występ i będę życzyć Wam miłych wakacji ! ;)
Przyznam, że zaniedbałam bloga, recenzje, etc. Cóż, wakacje. :P O recenzji możecie zapomnieć... ;( Doszłam do wniosku, że jestem po prostu wredną suką, która ma gdzieś obowiązki. Tak to jest... dzisiejsza notka ma raczej na celu zapchanie czymkolwiek bloga, jakimiś bazgrołami o wątpliwej wartości merytorycznej. Przede wszystkim - chciałam Was poinformować, o zbliżającej się premierze piątej części Akademii Wampirów, autorstwa jednej z moich ulubionych pisarek, Richelle Mead - "W Mocy Ducha". Ma ona miejsce dokładnie 2011-09-07 i przyznam, że jest to data bardzo przeze mnie wyczekiwana.
Kolejna część bestsellerowej sagi!
Na Syberii usłyszałam, że istnieje sposób, aby przywrócić Dymitra do dawnej postaci dampira. Niestety, jedyną osobą, która mogła nam pomóc, był przestępca. Nie byle jaki przestępca, bo sam Wiktor Daszkow. Moroj królewskiego rodu, który kiedyś torturował Lissę. Zamierzałyśmy uwolnić śmiertelnego wroga.
Po straceńczej wyprawie na Syberię Rosę Hathaway wróciła do domu, do Akademii Świętego Władimira. Czekają ją końcowe egzaminy i życie poza bezpiecznymi murami szkoły. Tego od zawsze pragnęła, ale trudno jej się cieszyć ze świadomością, że on gdzieś tam jest. Dymitr, którego niegdyś kochała i którego nie zdołała zabić. Dziewczyna nie może też zapomnieć, że istnieje sposób, by pomóc ukochanemu. Jednak wiąże się on z podjęciem straszliwego ryzyka.
Czy za miłość warto zapłacić każdą cenę?
Już nie mogę się doczekać ! Fanów twórczości Pani Mead przekonywać chyba nie trzeba, a wszystkich którzy jeszcze się z nią nie zetknęli, gorąco zachęcam to zapoznania się z tą serią.
To chyba jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier najbliższych miesięcy i z tego tytułu, zasłużyła sobie na wzmiankę. Pozwolicie, że zakończę ten żałosny występ i będę życzyć Wam miłych wakacji ! ;)
sobota, 23 lipca 2011
Recenzja: "Pożeracz Snów" - Bettina Belitz.
Tytuł: "Pożeracz Snów".
Seria: Trylogia, nazwa nieznana.
Autor: Bettina Belitz.
Tłumaczenie: Alicja Rosenau.
Ilość Stron: 509.
Wydawnictwo: Znak Emotikon.
Opis Wydawcy:
Ona – wrażliwa, samotna, nie chce się pogodzić z przeprowadzką na wieś w lasach Westerwaldu.
On – niesamowicie przystojny, intrygujący i groźny. Ellie wyczuwa, że tkwi w nim głęboka tajemnica, ale choć się boi – za wszelką cenę chce się z nim spotykać.
To on – Colin Blackburn – ratuje ją w czasie burzy i od tej chwili Ellie nawiedzają niesamowite sny, groźne i jednocześnie fascynujące. Sny, które prowadzą ją na granicę dwóch światów…
Dzieli ich wszystko. Łączy tylko tajemnica.
Non - Dreamers. Życzcie mi miłych snów...
Seria: Trylogia, nazwa nieznana.
Autor: Bettina Belitz.
Tłumaczenie: Alicja Rosenau.
Ilość Stron: 509.
Wydawnictwo: Znak Emotikon.
Opis Wydawcy:
Ona – wrażliwa, samotna, nie chce się pogodzić z przeprowadzką na wieś w lasach Westerwaldu.
On – niesamowicie przystojny, intrygujący i groźny. Ellie wyczuwa, że tkwi w nim głęboka tajemnica, ale choć się boi – za wszelką cenę chce się z nim spotykać.
To on – Colin Blackburn – ratuje ją w czasie burzy i od tej chwili Ellie nawiedzają niesamowite sny, groźne i jednocześnie fascynujące. Sny, które prowadzą ją na granicę dwóch światów…
Dzieli ich wszystko. Łączy tylko tajemnica.
Non - Dreamers. Życzcie mi miłych snów...
Chyba każdy zgodzi się ze mną, że w literaturze młodzieżowej, prym wiodą powieści w typie Paranormal Romance i coraz to sławniejsze Antyutopie. Obie te konwencje są bardzo popularne i nie brakuje w nich najdziwniejszych stworzeń, znanych nam tylko z legend i baśni. Autorzy prześcigają się w pomysłach, na kreowanie coraz to nowszych, dziwniejszych światów. Mamy zatem wampiry, wilkołaki, Anioły, elfy, wróżki, zmiennokształtnych, demony i inne temu podobne fantasmagorie. Tematyka snów, od zawsze jest owiana pewną tajemnicą, a hipotezy naukowców, niewiele mają w tym wypadku do rzeczywistości. W sławetnych Paranormalach, brak nam całkowitego zagłębienia się w tematykę snów. O ile mi wiadomo, na rynku wydawniczym ukazała się tylko jedna Trylogia poświęcona temu niesamowitemu zjawisku, a delikatnie mówiąc - sukcesu ona nie odniosła. Bez wątpienia, za to, udało się to niemieckiej Autorce, Bettinie Belitz.
Osiemnastoletnia Elisabeth, zwana Ellie, czy też Lassie, jest w zupełności zadowolona ze swojego życia w zatłoczonej, zadymionej Kolumbii. Razem z przyjaciółkami chodzi na zakupy, umawia na randki, imprezuje po nocach i wkłada wiele wysiłku, by nie przypinano jej łatki outsiderki, czy 'kujonki'. Cały jej świat burzy się dosłownie w ciągu sekundy, gdy ojciec - szanowany psychiatra, zostaje dyrektorem jednej z placówek psychiatrycznych, co wiążę się z przeprowadzką do Westerwaldu - wsi, gdzie nawet wrony zawracają. Ellie jest wściekła, rozgoryczona i bynajmniej nie ma zamiaru zawierać znajomości z nowymi sąsiadami, czy angażować w życie społeczności nowego miejsca zamieszkania. Wszystko się zmienia, gdy w mroku dostrzega niecodzienną postać - jeźdźca na koniu. Od tej pory, wszystko się zmienia. Dziewczyna żyje na granicy jawy i snu, halucynacji i omamów, w których towarzyszy jej niezmiennie Colin Blackburn - olśniewający, lecz tajemniczy mężczyzna, o twarzy niezmiennie spowitej mrokiem. Bo, nic nie jest takie jak się wydaje. A sny czasami, są czymś więcej, niż wytworami naszej wyobraźni i przebłyskami minionych wydarzeń. Zapraszam Was, do świata, gdzie rzeczywistość miesza się z sennymi majakami i gdzie trudno o sprawiedliwe osądy. Czy można je wydawać, śniąc na jawie ? Tutaj wszystko może się wydarzyć, a sny stają się prawdą. Lepiej być ostrożnym, bo czasem we mgle jest ukryte więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka...
Jeszcze przed lekturą książki, słyszałam, że akcja rozkręca się dosyć powoli i nie mogę temu zaprzeczyć. Autorka nie nadaje sztucznego przyśpieszenia, wydarzeniom opisanym w powieści; daje czas bohaterom i Czytelnikom na poznanie historii i dotarcie do sedna tajemnicy. To wszystko sprawia, że historia jest nie tylko sugestywna, ale także niezwykle naturalna i niewymuszona. Narracja, poprowadzona jest całkiem dobrze, z punktu widzenia głównej bohaterki, co nie trudne do zauważenia - nie jest nowością w tego typu książkach. "Pożeracz Snów", ma bez wątpienia dobrze dopracowaną fabułę, nieźle poprowadzoną narrację, a akcja to jeden z największych plusów tej książki, ale przeszkadzała mi jedna rzecz. Mianowicie, lektura miała swoje wahania - raz była przesycona barwną, gorączkową akcją, a raz zdarzało się, że ziewałam, albowiem były i momenty niezbyt ciekawe.
Sama bohaterka, jest nietuzinkowa, oryginalna i przede wszystkim interesująca. Ma swój charakter i nie boi się o siebie walczyć, chociaż momentami irytowały mnie jej irracjonalne, czy moim zdaniem bezmyślne zachowania. Nie uważam tego jednak, za minus książki, bo postrzeganie pewnych spraw zależy tylko i wyłącznie od odbiorcy. Ja na przykład, obojętnie ile pół - demonów wparowałoby do mojego mieszkania, pojechałabym z przyjaciółkami na Ibizę, gotowa się świetnie bawić. Niestety, wahania dotyczyły w takim samym stopniu Ellie, jak i akcji. Raz była to silna i zdecydowana dziewczyna, innym razem typowa, zamknięta w sobie szara myszka. Główny męski bohater - Colin, jest chyba jedną z najbardziej udanych i plastycznych postaci w książce. Z początku, spotkało mnie rozczarowanie, bo oczekiwałam nieco innego bohatera. W moich wyobrażeniach, nie było miejsca na jazdę konną ( wbrew pozorom, konie odgrywają w tej historii, całkiem znaczącą rolę ) , sztuki walki, czy - pozwólcie, że posłużę się opisem Ellie - "lekko skośne oczy" (nie, nie jestem rasistką, wręcz przeciwnie ). Te cechy, początkowo mnie denerwowały, ale z czasem pozwoliły się docenić, jako przejaw indywidualizmu i kreatywności ze strony Autorki. Postacie drugoplanowe, także są dobrze skrojone i po prostu sympatyczne. Takie, które z miłą chęcią poznałoby się w realnym świecie, choć... nie wszystkie.
Wszystko pięknie, ale cóż ; nie jest tak słodko, jakby się mogło wydawać. Powieść ta, ma niestety trochę wad, które w zasadzie są dla mnie zupełnie zrozumiałe. Rzadko udaje się stworzyć, zwłaszcza debiutującym Autorom, dzieło bez ani jednej skazy. Niektóre fragmenty, przypominały mi do bólu, słynną sagę "Zmierzch", co nie było zbyt przyjemnym doświadczeniem, bo jej fanką zdecydowanie nie jestem. Mam tutaj na myśli, między innymi utarty już schemat, polegający na przeprowadzce do nowego miejsca, oraz nieco trywialne szczegóły - chłód ciała Colina ( przypominam, że Edward Cullen, także mógł poszczycić się lodowatą skórą) fakt, że Blackburn jest swego rodzaju wegetarianinem, podobnie jak Edward - nie będę się zagłębiać w szczegóły, bo myślę, że popsułabym wielu osobom czytanie książki i szansę samodzielnego zapoznania się z historią.
Niestety, "Pożeracz Snów" zdecydowanie nie jest wyciskaczem łez, na który po cichu liczyłam. Dla mnie to była mało wzruszająca historia, jeśli patrzeć na nią z punktu widzenia, osoby oczekującej romansu. Nie jest to miłość chwytająca za serce, poruszające są za to emocje bohaterów, a najbardziej chyba fragmenty złożone ze snów Elisabeth. To istne arcydzieło i do tych fragmentów będę wracać niejednokrotnie, bo chociaż brak w nich wzniosłych słów i wyszukanych zwrotów, to niezaprzeczalnie ujmują Czytelnika swoją magią i prostotą. Książkę, momentami czyta się z dozą melancholii i spokojem, innym razem nie nadąża się z przewracaniem kartek. To wszystko sprawia, że "Pożeracz..." jest zbyt przewrotny i niecodzienny, byśmy mogli o nim zapomnieć zaraz po skończeniu lektury. Pożre nasze dusze i pochłonie myśli w całości. I warto jeszcze uważać, bo... mogą zostać pożarte także sny.
Końcowa Ocena: 9/10.
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Emotikon,za co serdecznie dziękuję.
czwartek, 21 lipca 2011
Recenzja: "Jutro 2: W pułapce Nocy" - John Mardsen.
Tytuł: "Jutro 2 : W pułapce Nocy".
Seria: "Jutro" (Tom II).
Autor: John Mardsen.
Tłumaczenie: Anna Gralak.
Ilość Stron: 272.
Wydawnictwo: Znak Literanova.
Opis Wydawcy:
Mam na imię Ellie. Coś wam opowiem. To były nasze najlepsze wakacje.Ale po powrocie zastaliśmy coś, co na zawsze zmieniło nasze życie. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takich kłopotów. Na początku było nas ośmioro, teraz została szóstka. Nie wiemy, co się dzieje z dwójką naszych najlepszych przyjaciół. Umieramy ze strachu i bardzo za nimi tęsknimy. I dlatego, chociaż to niebezpieczne, a nasz plan nie jest idealny,spróbujemy ich odbić, nawet jeśli nie mamy pojęcia co przyniesie jutro.
A ja ? Chyba się zakochałam. Nie wiem, czy to najlepszy czas na takie rzeczy.
Światło splecione z mrokiem.
Uczciwie przyznam, że jestem nadal pod ogromnym wrażeniem tej książki i zdaję sobie sprawę z tego, że ta recenzja znacznie odbiega od ideału, ale cóż.
Seria "Jutro", autorstwa Johna Mardsena, została obwołana bestsellerem i jest jedną z najbardziej rozchwytywanych i popularnych serii, na świecie. Zawsze zaznaczam, co zresztą jest zgodne z prawdą, że statut bestsellera, niekoniecznie decyduje o rzekomym geniuszu książki. Mało tego, mnie sama nazwa "bestseller" odstrasza i sprawia, że mam ochotę uciekać jak najdalej. "Jutro", to nie tylko fenomen pod względem historii i fabuły. To rzeczywiście książka, która w pełni zasługuje na wszystkie zachwytów i gromadzące się rzesze nowych zwolenników.
Minęło kilka tygodni, od wydarzeń opisanych w poprzedniej części. Bardzo wiele może zmienić się przez kilka tygodni, dni, a nawet godzin. Mieszkańcy Piekła, stracili dwójkę przyjaciół, co biorąc pod uwagę inne wydarzenia, jest chyba najłagodniejszym i najmniej istotnym wątkiem. W dalszym ciągu mamy do czynienia z narracją, z perspektywy głównej bohaterki - Ellie, która podobnie jak wtedy, jest zadziwiająco dobrze poprowadzona. Akcja pędzi niesamowicie, od pierwszej, aż do ostatniej strony. Mam wrażenie, że to już utarty (podkreślam, działający na korzyść powieści) schemat i oby utrzymał się aż do końca serii. Teraz, chciałabym jednak skupić się na nieco innych aspektach.
Podobnie, jak w "Jutrze" mamy tu do czynienia z klimatem militarnym, który jest znaczną częścią książki. Znaczną, nie znaczy jedyną, bo Autor, kolejny raz znalazł właściwie proporcje i połączył chaos wojny, z niepokojami typowymi dla nastolatków. Decyzje, w sprawie kolejnych kroków w związku dwoja ludzi, to niejedyne dylematy przed którymi stają bohaterowie książki. Muszą zdecydować, czy w świecie otoczonym przez mrok i nienawiść, jest miejsce na miłość i marzenia o lepszym życiu. Czy nawet wojna, usprawiedliwa najbardziej okrutne czyny, jakich może dokonać człowiek. Mieszkańcy Piekła, przechodzą nie tylko zewnętrzną, ale i wewnętrzną przemianę - ze zwykłych siedemnastolatków, muszą stać się perfekcyjnymi zabójcami i stają przed wyborem, kim chcą być ? Czy niepozorna nastolatka, jest w stanie z zimną krwią zastrzelić człowieka ?
Postacie, w dalszym ciągu są znakomicie skonstruowane, plastyczne i niezwykle sugestywne, podobnie jak historia. Wydarzenia opisane w książce, odczuwałam całą sobą i chwilami postrzegałam je jako całkowicie realne. Emocje, towarzyszące mi przy czytaniu, również były zaskakująco prawdziwe, a przez to wspaniałe.
"Żyję w świetle. Ale noszę ze sobą mrok."
Bohaterowie, wyczerpani psychicznie i , muszą stanąć przed nowymi wyzwaniami, a przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie kim są i kim chcą się stać. To w ich rękach, jest świat, bo tamtego już nie ma - powstały nowe zasady, a może żyją w świecie bez żadnych zasad, gdzie granice wyznaczają kłamstwa i krew płynąca strumieniami ? Na to pytanie, musicie odpowiedzieć sobie sami. Ja mogę Was tylko gorąco zachęcić, do lektury "Jutra 2". Bo nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień. Może Jutro i Ty znajdziesz się w pułapce nocy.
Końcowa Ocena: 10/10.
Recenzja części I - "Jutro".
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova,za co serdecznie dziękuję.
Seria: "Jutro" (Tom II).
Autor: John Mardsen.
Tłumaczenie: Anna Gralak.
Ilość Stron: 272.
Wydawnictwo: Znak Literanova.
Opis Wydawcy:
Mam na imię Ellie. Coś wam opowiem. To były nasze najlepsze wakacje.Ale po powrocie zastaliśmy coś, co na zawsze zmieniło nasze życie. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takich kłopotów. Na początku było nas ośmioro, teraz została szóstka. Nie wiemy, co się dzieje z dwójką naszych najlepszych przyjaciół. Umieramy ze strachu i bardzo za nimi tęsknimy. I dlatego, chociaż to niebezpieczne, a nasz plan nie jest idealny,spróbujemy ich odbić, nawet jeśli nie mamy pojęcia co przyniesie jutro.
A ja ? Chyba się zakochałam. Nie wiem, czy to najlepszy czas na takie rzeczy.
Światło splecione z mrokiem.
Uczciwie przyznam, że jestem nadal pod ogromnym wrażeniem tej książki i zdaję sobie sprawę z tego, że ta recenzja znacznie odbiega od ideału, ale cóż.
Seria "Jutro", autorstwa Johna Mardsena, została obwołana bestsellerem i jest jedną z najbardziej rozchwytywanych i popularnych serii, na świecie. Zawsze zaznaczam, co zresztą jest zgodne z prawdą, że statut bestsellera, niekoniecznie decyduje o rzekomym geniuszu książki. Mało tego, mnie sama nazwa "bestseller" odstrasza i sprawia, że mam ochotę uciekać jak najdalej. "Jutro", to nie tylko fenomen pod względem historii i fabuły. To rzeczywiście książka, która w pełni zasługuje na wszystkie zachwytów i gromadzące się rzesze nowych zwolenników.
Minęło kilka tygodni, od wydarzeń opisanych w poprzedniej części. Bardzo wiele może zmienić się przez kilka tygodni, dni, a nawet godzin. Mieszkańcy Piekła, stracili dwójkę przyjaciół, co biorąc pod uwagę inne wydarzenia, jest chyba najłagodniejszym i najmniej istotnym wątkiem. W dalszym ciągu mamy do czynienia z narracją, z perspektywy głównej bohaterki - Ellie, która podobnie jak wtedy, jest zadziwiająco dobrze poprowadzona. Akcja pędzi niesamowicie, od pierwszej, aż do ostatniej strony. Mam wrażenie, że to już utarty (podkreślam, działający na korzyść powieści) schemat i oby utrzymał się aż do końca serii. Teraz, chciałabym jednak skupić się na nieco innych aspektach.
Podobnie, jak w "Jutrze" mamy tu do czynienia z klimatem militarnym, który jest znaczną częścią książki. Znaczną, nie znaczy jedyną, bo Autor, kolejny raz znalazł właściwie proporcje i połączył chaos wojny, z niepokojami typowymi dla nastolatków. Decyzje, w sprawie kolejnych kroków w związku dwoja ludzi, to niejedyne dylematy przed którymi stają bohaterowie książki. Muszą zdecydować, czy w świecie otoczonym przez mrok i nienawiść, jest miejsce na miłość i marzenia o lepszym życiu. Czy nawet wojna, usprawiedliwa najbardziej okrutne czyny, jakich może dokonać człowiek. Mieszkańcy Piekła, przechodzą nie tylko zewnętrzną, ale i wewnętrzną przemianę - ze zwykłych siedemnastolatków, muszą stać się perfekcyjnymi zabójcami i stają przed wyborem, kim chcą być ? Czy niepozorna nastolatka, jest w stanie z zimną krwią zastrzelić człowieka ?
Postacie, w dalszym ciągu są znakomicie skonstruowane, plastyczne i niezwykle sugestywne, podobnie jak historia. Wydarzenia opisane w książce, odczuwałam całą sobą i chwilami postrzegałam je jako całkowicie realne. Emocje, towarzyszące mi przy czytaniu, również były zaskakująco prawdziwe, a przez to wspaniałe.
"Żyję w świetle. Ale noszę ze sobą mrok."
Bohaterowie, wyczerpani psychicznie i , muszą stanąć przed nowymi wyzwaniami, a przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie kim są i kim chcą się stać. To w ich rękach, jest świat, bo tamtego już nie ma - powstały nowe zasady, a może żyją w świecie bez żadnych zasad, gdzie granice wyznaczają kłamstwa i krew płynąca strumieniami ? Na to pytanie, musicie odpowiedzieć sobie sami. Ja mogę Was tylko gorąco zachęcić, do lektury "Jutra 2". Bo nigdy nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień. Może Jutro i Ty znajdziesz się w pułapce nocy.
Końcowa Ocena: 10/10.
Recenzja części I - "Jutro".
Książkę otrzymałam od Wydawnictwa Znak Literanova,za co serdecznie dziękuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










